Aktualności
PC Drama: zabawa w demiurga
Wszystko dzieje się dwutorowo. Rzecz zaczyna się na uczelni, na której niejaki C, prezes Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, organizuje casting na swoją asystentkę, dając szansę dwóm najzdolniejszym studentkom (nazwanymi tutaj A i B). Jednak zamiast tradycyjnych rozmów proponuje zaaranżowanie procesu przed Trybunałem Karnym, w którym jedna z dziewczyn wciela się w rolę prokuratora, a druga w rolę obrońcy. Zgodnie z tytułem sztuki, rzecz dotyczyć będzie Binjamina Netanjahu, premiera Izraela, który sądzony jest w tym fikcyjnym procesie za ludobójstwo w palestyńskiej Strefie Gazy. Pan C nie ogranicza się do roli obserwatora, sam wchodzi w rolę oskarżonego, a przy tym stale prowokuje swoją obrończynię, podpuszcza ją i motywuje do bardziej efektywnej obrony. Co jakiś czas nakazuje też dziewczynom zamieniać się rolami, kompletnie wybijając je z rytmu i pozbawiając przy tym resztek komfortu. Panowanie starszego faceta z ugruntowaną pozycją nad zdolnymi młodymi dziewczynami zabiegającymi o jego atencję ma w sobie perwersyjny rys sadystyczny. Potencjalny pracodawca na zabawie w obrońcę i oskarżonego nie poprzestaje. Wykorzystuje prywatne okoliczności niechęci i napięcia pomiędzy A i B, wyjawiając im przy okazji niechlubną historię ich rodzin z lat 40. XX wieku. Sędzia trybunału prowadzi tu wobec kandydatek na stanowisko swojej asystentki osobliwie przemocowy seans traum i przekroczeń kolejnych granic.
Drugim biegunem sztuki „Projekt Gaza” w obecnym kształcie jest właśnie sytuacja osobista rywalizujących dziewczyn, które łączy i jednocześnie dzieli postać D – chłopaka B, który wcześniej był narzeczonym A. Ta łatwa w odbiorze, budująca dramaturgię konfliktu rama, ma jednak bardzo serialowy charakter. Biorąc pod uwagę niechęć dziewczyn do siebie, łatwo można wywnioskować, że rozstanie D z A nie jest zamierzchłą przeszłością. B jest poirytowana nieustanną konfrontacją z przeszłością partnera, a rywalizacja między byłą i obecną kobietą D ma dodatkowy wymiar ambicjonalny. Każda chce udowodnić tej drugiej swoją wyższość.
Kuba Zubrzycki całą tę sytuację kreśli w sposób bardzo sprawny. Matylda Wojsznis (jako A) i Julia Wojnowska (jako B) dobrze budują trudną, pełną wewnętrznego napięcia relację między bohaterkami, pozycjonując się jako skrajnie różne – bohaterka Wojsznis jest manifestacją emocjonalności, a Wojnowskiej – racjonalności. Z kolei rolę perwersyjnego przemocowca z wyraźnym rysem tragicznym (C) dobrze odgrywa Mariusz Słupiński. Sam Kuba Zubrzycki wchodzi w rolę D – chłopaka jednej i byłego narzeczonego drugiej z dziewczyn. Cała czwórka rzetelnie buduje sytuację sceniczną dramatu sądowego, który jest merytorycznym i równie trudno przyswajalnym morzem faktów, liczb i statystyk, opartych na dramacie mieszkańców Strefy Gazy. Wstrząsające historie kolejnych zamachów i akcji izraelskiego wojska, będących de facto realizacją ludobójstwa, jednak nie angażują odbiorców emocjonalnie. Podawane w potoku słów fakty, pomimo wstrząsających szczegółów, stają się tylko statystyką. Uwaga odbiorców ogniskuje się wokół konfliktu pomiędzy dziewczynami i ich relacji z potencjalnym przyszłym przełożonym. Dopiero, gdy w finale sztuki (jako jeden z dowodów w sprawie) pojawia się autentyczny głos sześcioletniej Hind Rajab – palestyńskiej dziewczynki zabitej przez izraelskie wojsko, podczas jej rozmowy z dyspozytorką Palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca – zaczynamy odczuwać grozę wojny i dramat Palestyńczyków. To właśnie Hind Rajab staje się ostatnią i prawdziwą bohaterką „Projektu Gaza” – Mariusz Słupiński, gdy słuchamy głosu przerażanego, umierającego dziecka, prezentuje jej duże, kolorowe zdjęcie. Ten gest przypomina nie tylko o dramacie tej dziewczynki oraz wszystkich Palestyńczyków ze Strefy Gazy, poddanych de facto metodycznej eksterminacji przez Siły Obronne Izraela. To również podkreślenie roli takiego gremium jak Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, w którym zbrodnie przeciwko ludzkości powinny być sądzone, a sprawcy ludobójstwa przykładnie ukarani. Doskonale wiemy, że rzeczywistość jest inna, co bardzo dobrze oddaje sztuka Kuby Zubrzyckiego. Reżyser słusznie umieścił ją w ascetycznej, umownej przestrzeni uczelnianej auli i mieszkania B i D, które nakreślono dwoma biurkami po dwóch stronach sceny i kanapą umieszczoną centralnie. Głównym zadaniem aktorskim jest gra słowem i intonacją, ponieważ działania fizyczne i gesty zredukowano do absolutnego minimum.
Zastanawia perspektywa polskich traum: pomocy nazistom przez Polaków podczas II wojny światowej i pogromu kieleckiego, które zostały przez autora wprowadzone, by – jak sam Zubrzycki to określił podczas późniejszej rozmowy – otworzyć tekst na polskie, niezabliźnione rany historii. Nie jestem przekonany czy opowieść o ludobójstwie w Strefie Gazy potrzebuje takiego „drugiego dna”, by trafić ze swoim przekazem do polskiego widza. Podczas czytania mocno uwypuklono również przemocowy charakter relacji sędziego MTK z dziewczętami. Bohater nie tylko stawia je w niekomfortowym położeniu i bawi się ich uczuciami, ale też krzyczy na nie bez powodu. Postać grana przez Mariusza Słupińskiego ma wprawdzie swoją rację, co odpowiednio wybrzmiewa pod koniec czytania, ale zabawa w sadystycznego demiurga także przybiera momentami kształt niezamierzonej groteski.
„Projekt Gaza” w obecnym kształcie okazał się surowym inscenizacyjnie, ale niemal kompletnym przedstawieniem. Pomimo egzemplarzy sztuki w rękach aktorów można było zapomnieć o tym, że uczestniczymy w czytaniu performatywnym tekstu w wersji 2.0. Biorąc pod uwagę bardzo ciekawą i angażującą twórców oraz widzów rozmowę moderowaną przez dr Annę Jazgarską po czytaniu, zaryzykuję twierdzenie, że nie jest to wersja ostateczna, chociaż cel, jakim jest wystawienie „Projektu Gaza” w pełnowymiarowym spektaklu teatralnym, jest coraz bliżej. Kibicuję Kubie Zubrzyckiemu, by tekst o dysfunkcji prawa międzynarodowego i idealizmie z nim związanym, miał okazję zaistnieć na profesjonalnej scenie. Na pewno na to zasługuje.